Wydanie: 94

W poszukiwaniu swojej wyspy

lay

Patrząc na tłum ludzi, czekających na mój autograf w domu towarowym na Polach Elizejskich, pomyślałem: jak wielu z tych ludzi ma doświadczenia podobne do tych, które opisałem w swoich książkach?
   Bardzo niewielu. Być może jedna lub dwie osoby. Mimo to, większość z nich identyfikuje się z tym co piszę.
   Pisanie jest jednym z najbardziej samotnych zajęć na świecie. Raz na dwa lata siadam przed komputerem, spoglądam na nieznane morze własnej duszy i widzę kilka wysp - dojrzałych idei, gotowych na odkrycie. Potem wspinam się na swój okręt - zwany Słowem - i wyruszam na najbliższą wyspę. Po drodze napotykam na silne prądy, wiatry i sztormy, jednak nadal płynę, wyczerpany, świadomy, że prąd wznosi mnie z obranego kursu, a wyspa, do której zmierzałem znikła z horyzontu.
   Nie mogę zawrócić, muszę kontynuować swój rejs, bo inaczej zginę na środku oceanu - w tym miejscu przez moją głowę, z szybkością błyskawicy, przebiega myśl, rysująca smutny lub przerażający obraz, w którym spędzam resztę życia na opowiadaniu o dawnych sukcesach lub w roli zgorzkniałego krytyka młodych pisarzy, zajmującego się tym tylko dlatego, że sam nie mam odwagi wydawać nowych książek. Czyż nie moim marzeniem było zostanie pisarzem? Muszę nadal tworzyć zdania, akapity, rozdziały i nie przestawać aż do chwili, kiedy umrę; nie mogę dać się złapać w pułapkę jaką jest sukces lub porażka. Jeśli zrobiłbym inaczej, czy moje życie miałoby sens? Czy byłbym w stanie kupić stary młyn w południowej Francji i opiekować się moim ogrodem? Czy też dawałbym wykłady, bo łatwiej jest mówić niż pisać? Czy unikałbym świadomie świata, aby tworzyć legendę, która pozbawi mnie wielu przyjemności?
   Wstrząsany tymi niepokojącymi myślami, odnajduję siłę i odwagę, o której posiadaniu nie wiedziałem: pomagają mi one wejść w nieznane obszary własnej duszy. Pozwalam ponieść się prądowi i ostatecznie rzucam kotwicę u brzegu wyspy, do której zostałem przywiedziony. Spędzam dnie i noce, opisując to, co zobaczyłem, zastanawiając się dlaczego to robię, mówiąc sobie, że to wszystko nie jest warte bólu i starań, że nie muszę niczego udowadniać, że mam już to, czego chciałem, a nawet dużo więcej niż mógłbym przypuszczać w swoich najśmielszych marzeniach.
   Dostrzegam, że przechodzę przez ten sam proces, przez który przechodziłem w trakcie pisania swojej pierwszej książki - budzę się o dziewiątej rano, gotowy by usiąść przy komputerze zaraz po śniadaniu; czytam gazetę, idę na spacer, odwiedzam najbliższy bar, aby uciąć jakąś pogawędkę, po czym wracam do domu, spoglądam na komputer, przypomina mi się, że muszę przedzwonić w kilka miejsc, jeszcze raz rzucam spojrzeniem na komputer. Nadchodzi czas lunchu, siadam, jedząc i myśląc, że tak naprawdę powinienem zaczynać pisanie o jedenastej, ale dzisiaj potrzebuję drzemki. Budzę się o piątej popołudniu, wreszcie włączam komputer, zaczynam sprawdzać e-maile, wtedy przypomina mi się, że uszkodziłem łącze internetowe. Mógłbym udać się do miejsca, oddalonego o 10 minut drogi, gdzie można skorzystać z łącza, lecz nie byłem w stanie uwolnić własnej świadomości od poczucia winy. Czy nie mógłbym popisać choć przez pół godziny?
   Zaczynam uwalniać się od poczucia obowiązku, jednak niespodziewanie to uczucie przejmuje nade mną kontrolę i nie potrafię się temu przeciwstawić. Służąca woła mnie na kolację, a ja proszę aby mi nie przeszkadzała; godzinę później woła mnie ponownie. Jestem głodny, ale muszę napisać przynajmniej jeszcze jedną linijkę, jedno zdanie, jeszcze jedną stronę. Kiedy wreszcie usiadłem przy stole, jedzenie zdążyło już ostygnąć, pochłonąłem je szybko i wróciłem do komputera - nie kontroluję już, gdzie stawiam kroki, wyspa otwiera przede mną swoje podwoje, idę wzdłuż jej ścieżek, znajdując rzeczy o których nawet nigdy nie marzyłem. Wypijam filiżankę kawy, potem następna, aż wreszcie o godzinie drugiej w nocy kończę pisać, gdyż moje oczy są już wystarczająco zmęczone.
   Kładę się do łóżka, spędzam kolejną godzinę, robiąc notatki z przemyśleń, które mam zamiar wykorzystać w kolejnym akapicie i które okazują się być całkowicie bezużyteczne - służą jedynie do tego, aby oczyścić mój umysł, tak abym spokojnie mógł zasnąć. Obiecuję sobie, że rano zacznę punktualnie o godzinie jedenastej. Następnego dnia, powtarza się ten sam scenariusz - spacer, rozmowy, lunch, drzemka, poczucie winy, złość na samego siebie za zepsucie łącza internetowego, aż do chwili, kiedy zmuszę się wreszcie, aby usiąść i napisać pierwszą stronę...
Kiedy pisałem powieść Zahir, kazałem powiedzieć o tym wszystkim głównemu bohaterowi: pisanie jest zagubieniem na morzu. To odkrywanie swojej własnej nieopowiedzianej historii i próbą podzielenia się nią z innymi. Świadomość jej istnienia przychodzi, kiedy odkrywamy wnętrze swojej duszy przed ludźmi, których nigdy nie widzieliśmy. W książce, pewien słynny pisarz, piszący o duchowych sprawach, który wierzy, że ma wszystko, traci coś najcenniejszego - miłość. Zawsze byłem ciekaw, co stanie się z człowiekiem, który nie ma nikogo, o kim mógłby śnić, a teraz sam odpowiedziałem sobie na to pytanie.
   Kiedy czytałem biografie pisarzy myślałem, że jeśli mówią: "Książka pisze się sama, pisarz tylko uderza w klawisze", próbują po prostu sprawić, aby ich zawód wydał się bardziej interesujący. Teraz wiem, że to absolutna prawda, nikt nie wie dlaczego prądy poniosły go do tej, a nie do innej wyspy, do której zmierzał. Potem zaczyna się obsesyjne poprawianie i redagowanie, a kiedy wreszcie mam dosyć ponownego czytania tych samych słów, wysyłam książkę do swojego wydawcy, gdzie jest ona ponownie redagowana, a następnie publikowana.
   Fakt, że inni ludzie także szukają tej samej wyspy i że odnajdują ją w mojej książce jest dla mnie za każdym razem dużym zaskoczeniem. Jedna osoba mówi o tym kolejnej osobie i tym sposobem tajemniczy łańcuszek staje się dłuższy, a to o czym pisarz myślał jako o samotnym doświadczeniu, staje się mostem, łodzią, sposobem dzięki któremu dusze mogą podróżować i nawiązywać kontakt.
   Od tej chwili, nie jestem już człowiekiem zagubionym w środku sztormu. Odnajduję się przez moich czytelników. Zaczynam rozumieć to o czym pisałem, kiedy widzę, że inni także to rozumieją, nigdy wcześniej. Jest kilka rzadkich okazji (jedna z nich ma wkrótce nastąpić), że potrafię dostrzec tych wszystkich ludzi i zrozumieć, że moja dusza nie jest samotna.
   Kiedyś słuchałem wywiadu, w którym redaktor zapytał Paula McCartneya: "Czy mógłbyś ująć to, co chcieli przekazać Beatlesi w jednym zdaniu?". Spróbowałem zadać to samo pytanie sobie, przypuszczałem, że McCartney da jakąś ironiczną odpowiedź, bo jak, biorąc pod uwagę złożoność człowieka, ktokolwiek byłby w stanie podsumować cały ogrom pracy w kilku słowach?
   Jednak Paul powiedział: "Tak, mogę. - i ciągnął dalej - Wszystkiego czego potrzebujesz to miłość. (All you need is love. - przyp. tłum) Czy chcesz abym dodał coś jeszcze?" "Nie" - odparł redaktor. Nie trzeba było dodawać niczego więcej. Powieść "Zahir" można podsumować w ten sam sposób.


Tłumaczenie: JR