Wydanie: 33
Zawsze zastanawiałem się nad tym, co się dzieje
z kawałkami nas samych rozsypywanych po całym Świecie. Obcinałem włosy
w Tokio, paznokcie w Norwegii, patrzyłem na własną krew, wypływającą z
rany w połowie drogi na jeden ze szczytów we Francji. W swojej pierwszej
książce, "Archiwum piekła" (która nigdy nie została wydana ponownie),
zastanawiałem się nad tym, czy kieruje nami konieczność rozsiewania cząstek
naszego własnego ciała, w różnych częściach globu, aby w przyszłym życiu,
móc znajdować coś znajomego. Wcześniej czytałem we francuskiej gazecie
Le Figaro, artykuł napisany przez Guy Barret, opowiadający prawdziwą historię,
która miała miejsce w 2001 r., kiedy to pewna osoba wyciągnęła z powyższych
przemyśleń ostateczny wniosek.
Tą osobą była Amerykanka Vera Anderson, która
spędziła całe życie w Medford w Oregonie. W podeszłym wieku stała się
ofiarą udaru mózgu , a jej stan pogorszyła jeszcze rozedma płuc, zmuszając
ją do spędzenia wielu lat z podłączonym balonem tlenowym, we własnym pokoju.
Na domiar złego, przypadek Very był tym bardziej okrutny, ponieważ zawsze
marzyła o podróży dookoła świata i zebrała nawet oszczędności, aby zrealizować
marzenia na emeryturze.
Vera poleciła, aby przetransportowano ją do Colorado,
aby mogła spędzić pozostałe jej dni w firmie swojego syna Ross'a. Wtedy,
tuż przed ostateczną podróżą - tą z której nikt z nas już nie wraca -
podjęła pewną decyzję. Skoro nie było jej dane poznać nawet własnego kraju
za życia, zdecydowała, że będzie podróżować po śmierci.
Ross udał się do lokalnego biura notarialnego aby zarejestrować wolę swojej
matki: kiedy umrze, życzy sobie, aby jej ciało zostało poddane kremacji.
W sumie nic szczególnego lecz w następnej części testamentu Vera zażyczyła
sobie, aby umieścić jej prochy w 241 małych torbach, które miały następnie
zostać rozesłane do głównych urzędów pocztowych w 50 stanach amerykańskich
oraz do każdego z 191 krajów na Ziemi - aby ostatecznie części jej ciała
odwiedziły wszystkie miejsca o których marzyła.
Kiedy Vera odeszła, Ross wypełnił jej ostatnią
wolę z godnością jakiej można spodziewać się po synu. Do każdej paczki
dołączony był list, zawierający prośbę o spełnienie reszty oczekiwań jego
matki.
Wszyscy ludzie, którzy otrzymali prochy Very Anderson sumiennie wypełnili
prośbę Rossa. Na czterech krańcach Świata, uformował się cichy łańcuch
solidarności, wzdłuż którego nieznani ludzie dobrej woli organizowali
rozmaite ceremonie i rytuały, za każdym razem zastanawiając się nad miejscem,
które zmarła kobieta chciałaby poznać.
W ten sposób prochy Very zostały rozsypane nad jeziorem Titicaca, w Boliwii,
zgodnie ze starożytną tradycją Indian Aymara; w rzece przed pałacem w
Sztokholmie; na brzegach Choo Praya w Tajlandii; w świątyni Shinto w Japonii;
na lodowcach Antarktyki; na pustyni Sahara. Bracia z charytatywnego sierocińca
w Południowej Ameryce (arytkuł nie mówi z jakiego kraju) modlili się przez
tydzień zanim rozrzucili prochy w ogrodzie - zadecydowali, że Vera Anderson
powinna stać się czymś w rodzaju anioła stróża tego miejsca.
Ross Anderson otrzymał fotografie z pięciu kontynentów,
od wielu ras i kultur, pokazujące mężczyzn i kobiety wypełniających ostatnią
wolę jego matki.
Kiedy patrzymy na dzisiejszy podzielony świat
i myślimy że nigdy wcześniej jeden człowiek nie był drugiemu tak obojętny,
podróż Very Anderson napełnia nas nadzieją, wiarą, że szacunek, miłość
i szczodrość nadal mieszkają w duszach innych ludzi, bez względu na to
w jak odległym miejscu się znajdują.