Wydanie: 206

Czarodziejska Góra

lay

Ten tekst stanowi dopełnienie wydawanego podczas ośmiu lat internetowego pisma „Wojownik Światła Online”. Pragnę podziękować ponad stu pięćdziesięciu tysiącom ludzi, którzy regularnie prenumerowali te teksty, a także ponad czterem milionom ludzi, którzy udzielali wsparcia przez cały ten czas, czytając te felietony w internecie.
   
Czarodziejska Góra

Moim zdaniem jeden z najpiękniejszych regionów na świecie to Langwedocja, kraina leżąca w Pirenejach, na południowym zachodzie Francji. Byłem tam kilkakrotnie i za każdym razem uderzało mnie piękno tamtejszych dolin, gór, roślin i rzek. Jak wiadomo, gatunek ludzki jest nieprzewidywalny – w tym pięknym miejscu narodziła się europejska „herezja”: Kataryzm.
    Napisano na ten temat wiele książek, można jednak podsumować filozofię Katarów jednym prostym zdaniem: „Wszechświat został stworzony przez szatana. Piękno jest jego dziełem.”
    W encyklopedii przeczytamy, że Katarzy byli dualistami. Wierzyli w dwóch bogów, dobrego (Boga) i złego (Szatana), którzy stworzyli świat materialny. Dlatego Katarzy składali śluby czystości - nie chcieli mieć dzieci, które byłyby zwolennikami szatana. Uważali się za ludzi „idealnych” i skazywali na cierpienie w imię wiary. Symboliczny koniec ruchu Katarów, którego istnienie doprowadziło do pierwszych krucjat, nastąpił piętnastego marca 1244 roku na zamku Montségur. Po długim prześladowaniu Katarom dano wybór: jeśli nie przejdą na katolicyzm, zostaną zabici. Dwustu pięćdziesięciu „idealnych” mężczyzn, kobiet i dzieci zeszło z góry, śpiewając i rzuciło się w płomienie przygotowanego w tym celu ogniska.
    Długo interesowałem się kataryzmem. W 1989 roku poznałem Bridę O’Fern (opisałem ją później w jednej ze swoich książek). Brida była katarką w poprzednim wcieleniu. Na początku tego samego roku poznałem Monicę Antunes. Zostaliśmy przyjaciółmi, a teraz Monica jest moją agentką.
    Czułem duchową potrzebę, by odbyć podróż śladem Katarów (chciałem zwiedzić zamki ludzi „idealnych”). Zaproponowałem Monice, żeby się przyłączyła.

    Pewnego sierpniowego popołudnia stanęliśmy u stóp góry Montségur. Zamierzaliśmy się na nią wspiąć następnego dnia. Po kolacji udaliśmy się w miejsce, gdzie osiemset lat temu płonął ogień (znajduje się tam skromny pomnik). Staliśmy tam rozmawiając. Pogoda się zepsuła, wiszące nisko chmury zasłaniały ruiny na szczycie gigantycznej góry. Chciałem sprowokować Monicę i powiedziałem, że byłoby ciekawie wspiąć się na szczyt jeszcze tego wieczoru. Moja przyjaciółka nie zgodziła się, a ja poczułem ulgę. A gdyby powiedziała: tak?  
    Nagle tuż obok zatrzymał się samochód, tej samej marki i barwy co mój. Wysiadł z niego Irlandczyk i spytał – jakbym był jednym z miejscowych – pod jakim kątem najlepiej wspiąć się na górę. Zaproponowałem, żeby wszedł tam z nami nazajutrz, ale Irlandczyk był zdeterminowany. Chciał być na szczycie tamtej nocy i obejrzeć stamtąd wschód słońca. Twierdził, że był Katarem w poprzednim życiu.
- Pożyczycie mi latarkę? – spytał.
Nagle wszystko ułożyło się w całość: Brida, moja potrzeba odbycia podróży śladami Katarów, sposób, w jaki żartowałem z Monicą kilka minut wcześniej i ten mężczyzna z identycznym jak mój samochodem. Uznałem, że to znaki. Idę do wioski, do hotelu, w którym się zatrzymaliśmy i pożyczam latarkę – jedyną, jaką mają.
Monica wydaje się przestraszona, ale namawiam ją do wspinaczki.
- Znak to znak – mówię.
Mężczyzna pyta, gdzie zaczyna się droga.
- Nieważne – odpowiadam. – Trzeba iść pod górę.
Przez jakiś czas (nie pamiętam, ile to trwało) wspinaliśmy się we trójkę na szczyt, nie znając drogi. Była ciemna noc. W otaczającej mgle widzieliśmy tylko na parę jardów. W końcu chmury zostały w dole i ujrzeliśmy niebo pełne gwiazd. Stanęliśmy przed bramą zamku Montségur.
Weszliśmy i zaczęliśmy zwiedzać ruiny. Spojrzałem w niebo, zastanawiając się, jakim cudem dotarliśmy tam bezpiecznie. Doszedłem jednak do wniosku, że lepiej nie zadawać pytań i podziwiać cud. Katarzy patrzyli na to samo niebo i wierzyli, że to szatan stworzył gwiazdy. Nigdy nie zrozumiem Katarów, ale podziwiam konsekwencję, z jaką trwali przy swojej wierze.
Wróciłem kilka razy do Montségur i wspiąłem się na górę, nigdy jednak nie znalazłem drogi, którą szliśmy tamtej sierpniowej nocy 1989 roku.
Tajemnice jednak istnieją.